17 wrzesień 2014 r.
Nie jesteś nikim wyjątkowym.
Zawsze znajdzie się ktoś lepszy niż Ty.
Jesteś tylko ułamkiem w siedmio-miliardowej społeczności.
Świadomość prawdziwości tych zdań jest najbardziej dobijająca. Od dziecka wmawiano mi, że jestem jedyna w swoim rodzaju, najlepsza i bardzo ważna dla innych. Zawsze w to wierzyłam. Bo któż nie ufa swoim rodzicom? Potem nastał czas szkoły średniej. Każdego dnia konkurowałam z innymi, pragnąc, aby te słowa na zawsze pozostały prawdą. I pewnego dnia wróciłam do domu, usiadłam na łóżku i zaczęłam płakać. Przyszła do mnie mama. Usiadła obok i zapytała się mnie, dlaczego płaczę. "Nie jestem najlepsza, niektórzy robią zadania z matematyki szybciej ode mnie i biegają więcej kółek na wf-ie niż ja. Nie jestem nikim wyjątkowym. Nie jestem ważna, przecież wokół tyle ludzi, dlaczego miałabym się liczyć akurat ja?!". Myślę, że takiej odpowiedzi nie spodziewała się z ust dwunastoletniej dziewczynki. Po chwili jednak zaczął wracać jej pogodny wyraz twarzy, zastępując nim zmarszczone brwi i zdumienie. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała: "Jesteś wyjątkowa. Nie ma drugiej takiej osoby na całym świecie jak ty! Liczysz się Ty, gdyż ja z tatą jako twoi rodzice i twoi przyjaciele nie potrzebują nikogo innego z tych wszystkich ludzi, tylko ciebie. Pamiętaj również, iż nikt nigdy nie powiedział, że będziesz najlepsza córeczko. Zawsze ktoś będzie w czymś lepszy. Nie porównuj się do innych. Porównuj się do siebie z dnia wczorajszego."
Te słowa zmieniły mój światopogląd o 180 stopni. Bardzo dobrze się tego słuchało, ale bardzo ciężko było to wcielić w codzienne życie. Po wielu latach przestawiłam się na tryb, zakładający, że jako jednostka jestem wyjątkowa, niepowtarzalna.
Nie twierdzę jednak, że nie mam już problemów z poczuciem własnej wartości i swojego miejsca na świecie. O nie, nie, nic bardziej mylnego. To jeden z głównych czynników ograniczających mnie w realizacji wyznaczonych przeze mnie celów.
Moim celem, wspomnianym w poprzednim poście, jest podróż po europejskich stolicach na jednośladzie. Ten pomysł przyszedł nagle i nie dał się już wypędzić. Początek był fantastyczny. Byłam pełna wiary i nadziei. Planowałam wszystko, kupowałam mapy, oszczędzałam pieniądze. W momencie, gdy pojawiła się myśl "to nie ma sensu", byłam już po wielu dniach spędzonych na planowaniu i rozmyślaniu. Po prostu nagle włączył mi się pesymistyczny tryb. Od długiego czasu walczę z tym, jednak przez wiele tygodni ten tryb był jakby, hmm, wyciszony. Dlatego, gdy pojawiło się to zaprzeczenie sensu całej wyprawy, nie byłam smutna. Byłam zła, wściekła, rozdrażniona. Jak ja w ogóle mogłam o czymś takim pomyśleć? Jak to w ogóle przemknęło przez moje rozważania? Jednak niestety, to wróciło. I postawiło nacisk, na temat poruszony w tym poście. A mianowicie: dlaczego akurat ja? dlaczego ludzie mieliby zwrócić uwagę akurat na mnie? wesprzeć finansowo i medialnie? no właśnie, dlaczego to miałabym być ja?
Ponieważ nikt inny nie pragnie tego tak bardzo jak ja. Nikt inny nie angażuje się i nie poświęca tak wiele jak ja. Powtarzałam sobie te zdania coraz częściej, zaczynając w nie wierzyć, niczym w kłamstwo powtarzane tak długo, póki nie stało się prawdą.