16 wrzesień 2014 r.
Wybija 21:00, zaczynam pisać. Myślę, skup się. Chcę przekazać wszystko w kilku zdaniach, ale niektóre przemyślenia zasługują na poświęcenie im więcej czasu. Więc zaczynam. Starając się, aby wszystko było po kolei i w miarę zrozumiałe...
Człowiek żyje codzienną monotonią. Wstaje rano, je w pośpiechu śniadanie, bojąc się, że się spóźni. Potem również w pośpiechu wypełnia swoje codzienne obowiązki. Nie myśli nawet jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie miał pracy i robił to, na co tylko ma ochotę. Praca jest nieodłączną częścią życia. Po prostu jest. Biegnie. Przez kilka bądź kilkanaście godzin dziennie biega. Nieważne czy siedzi przed komputerem, wypełniając ważne dokumenty, czy jeździ na różne ważne spotkania biznesowe. On biegnie, jego dzień biegnie.
Po prostu przemija.
Wróci do domu, w pośpiechu wykona swoje domowe obowiązki. Jak znajdzie chwilę, to może nawet zje obiad. Tu przychodzi najbardziej paradoksalny moment, a mianowicie "odpoczynek". Siądzie przed telewizorem i wstanie, aby położyć się spać. Usiądzie do komputera, mając tyle ambitnych rzeczy do zrobienia, a gdy wybije północ i zmęczenie będzie dawało się we znaki, zdziwi się ogromnie, jak te godziny szybko minęły! I tak oto położy się, zmęczony swoim odpoczynkiem, a kolejny dzień będzie dokładnie taki sam.
Ciężki temat. Naprawdę.
Nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele czasu przecieka nam przez palce, jak wiele bylibyśmy w stanie zrobić w tym czasie. Ale ciężko jest coś zrobić, nie wiedząc co chcemy zrobić.
Spójrzmy na to racjonalnie. Człowiek by oszalał, gdyby całe jego życie tak wyglądało. Dlatego stawia sobie cele, robi plany, czeka na coś. Tak właśnie, przechodzimy do sedna.
Od zawsze nie potrafiłam żyć w tej monotoni. Chciałam, żeby coś się działo. Chodźmy się miały mury walić i drzewa łamać. Coś musiało się dziać. Tak zaczęłam przygodę ze wszystkimi zajęciami pozaszkolnymi, pomijając oczywiście fakt, że szkoła nadal była na pierwszym miejscu. Nie rozumiałam, i nadal nie rozumiem, słowa normalność. Nie potrafiłam być przeciętna. Nie potrafiłam dostawać miernych stopni. Nie potrafiłam znieść myśli, że ktoś może lepiej grać w siatkówkę albo lepiej skakać przeszkody klasy L. To mnie zawsze niszczyło od środka. Kładę szczególny nacisk na słowa "nie potrafiłam". Są celowo zastosowane. Bycie gorszym jest sztuką. Nie dane mi było nabyć tę umiejętność. Chora ambicja zżerała każdą moją część ciała doprowadzając do ciężkich epizodów psychicznych. I pewnego dnia mój mózg po długich kombinacjach zakomunikował mi:
"Ej! lubisz motocykle! wręcz uwielbiasz warkot silników i zapach spalin. lubisz podróżować! ale nie tak normalnie, żeby pojechać do Grecji albo Słowacji, niee. to jest zwykłe, ty nie lubisz być zwykła. zrób coś takiego, że ludzie będą cię wyśmiewać jak im będziesz o tym mówiła. że będą chichotać pod nosem próbując to sobie wyobrazić. co powiesz na wycieczkę motocyklem? na przykład po Europie? no wiesz, jakieś 25 tysięcy kilometrów, a pojemność motocykla, no nie wiem.. z 250 cm sześciennych? tak po maturze? wiem, że nie masz jeszcze prawa jazdy i wiem że to są ogromne koszty. no ale ty nie dasz rady?!"
I wpadłam jak śliwa w kompot. Bo wtedy już nie było odwrotu.
Nie chcę mówić o wszystkim w pierwszym poście. To jest wstęp. Wstęp do bloga opowiadającego o marzeniach i ich cenie. Nie tej liczonej w złotych, euro, dolarach. Tylko tej liczonej w poświęceniu, wytrwałości i wierze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz